
Przekaz, pierwotnie ustny, później pisany na: tabliczkach, papirusie, pergaminie, liściach, także w rękopisach, później drukowane, także zapisane w notatniku i na komputerze, kolejno w systemie s.f. i U-P: umysł - przekaz i pewnie kiedyś ponownie ustnie. (…)
Po napisaniu i wydaniu kolejnej książki o masażu: „Profesjonalna praktyka”, przyjaciel skomentował: Na to super, nieco futurystycznie, w sensie znowu wyprzedzasz to co liczy się najbardziej w praktyce, ale co dalej? Odpowiedziałem, że to teraz to już hobbystycznie. Zainteresowania historyczne, socjologiczne, psychologiczne, etc. Rozśmiał się i zapytał: To co, przyjmiesz wyzwanie? Wiem że masz sporo zainteresowań, no i archeolog w rodzinie!
- Fakt, zainteresowania min. historyczne, socjologiczne, muzyczne, etc. Do tego pani archeolog w rodzinie, zgadza się, a to zobowiązuje. Nie wiem czy sprostam, ale kiedyś rozpocząłem pisać opowiadania, historyczne ale i obecne, a także futurystyczne, zobaczymy. Kilka lat minęło, co do kolejnej książki tradycyjnej, to póki co nie, ale inaczej tak. (…)
Część I: Andru-ru w drodze
Okres staroakadejski. Około roku 2340 p.n.e. Południowe krańce Sumeru.
Spojrzał na masyw wysokich gór rozpościerający się od strony morza, tak bardzo stęsknionego za ziemią nad urwiskiem. Ale to była iluzja. Góry były z boku, a woda wciskała się w głąb lądu jedynie poprzez wąskie zatoki, a może raczej w odwrotnym kierunku? Co kilka chwil jedna z fal przebijała się nieco wyżej, przeskakując nad urwiskiem.
Lubił to wrażenie ogarniania umysłu przez góry i morze jednocześnie, przypominały obrzędy w świątyni, stan zawieszenia, kiedy nie był pewny co jest czym, a wzrok płatał figle.
Fale które się przedostawały tak wysoko, niemal lizały jego stopy, a on stał nieruchomo. Próbował podejść tak blisko, aby poczuć lekkie dotkniecia rozpływającej się wody tuż pod palcami, ale tak aby jednak nie zamoczyć całych stóp. Czuł wtedy rytm, tak jak serca.
Fala była dla niego synonimem rytmu życia. Tego rytmu uczył go ojciec, ale nie wiedział gdzie jest jego pierwotny puls. Do kogo lub do czego należy, skąd pochodzi, kto tym kieruje. Teraz rozumiał nieustający rytm, był jak przypływ i odpływ fal.
Kiedy służyli jeszcze jako dzieci, z siostrą, bogini Inana w Uruk, czas wypełniony tak intensywnie, pozwalał jedynie na rozmyślania o namaszczaniach, naparach, ziołach, przygotowaniu do obrzędów. Jego język akadyjski był zbyt ubogi by okiełznać wszelkie znaczenia, jakoby zaklęty w labiryncie znaczeń, symboli. Jako przybysz, hołdował nieco innym obyczajom, pomimo mieszających się tradycji przybywających ludów.
Od starszych, próbował dowiedzieć się czegoś więcej. Kiedy podróże stały się śmielsze ale i niebezpieczniejsze dochodziły ich wieści tak odległe, że mogły być prawdziwe lub zwyczajnie zmyślone przez targowych nowiniarzy. Kiedy jako dziecko przechadzał się po targu, handlarze rozmawiali w tak różnych językach, że nie sposób było dociec nawet jakie uprawiają rzemiosła. W ocienionych prowizorycznymi dachami straganach, podpatrywał biegłych w sztuce leczenia otarć i ran, powstałych podczas długich wędrówek handlarzy, wojska lub wędrowców tzw. dotykających. Ci ostatni hołdowali zasadzie, chcesz leczyć, musisz zrozumieć, chcesz zrozumieć, musisz odczuć. (…)
On należał wtedy do innej społeczności ich nazywano Dotykającymi. Anduru-ru wywodził się nie jak większość opiekunów świątyni z dawnych potomków o niejasnej przeszłości, ale z wyboru. Piastował także niemalże rodzinne tradycje. Po stronie babki dwaj synowie i potomkowie, zajmowali się leczeniem namiestników po wyprawach. To nie było jedynie przypadkowe zajęcie, jak mycie posągów, śpiewanie pieśni, rozniecanie świętych lamp. Namaszczaniem zajmowały się kapłanki lub kapłani, wtajemniczeni, on był wyjątkiem.
Początkowo stał z boku, przyglądając się, aż dostąpił zaszczytu głównej ceremonii. Odtąd uczęszczał do łaźni, części przeznaczonej na lecznicze zabiegi. Czekał cierpliwie na swoją kolej, aż wezwie go rada na spotkanie. Możliwe były dwie drogi, albo zajmie się rodziną władcy i podrzędnych namiestników, albo służył będzie ludowi, armii lub handlarzom przechodzącym przez bramy miasta. Ewentualnie dostojnikom, których stać na orzeźwiającą zabiegi. Niestety te decyzje, należały do racy starszych, tzw. klanu, jakiego?
Należał już do klanu Dotykających, specjalnie wybranych sług, którzy nie mieli kontaktu z ludem poza górnym pałacem. Służyli nie tylko podczas ceremonii, wtajemniczani w najdrobniejsze szczegóły rytuałów uzdrawiania. Namaszczali inni, a oni w finalnej części obrzędów podchodzili i dotykali z całym skupieniem, chorych. Lata praktyk ciągnęły się bez końca, przechodził kolejne wtajemniczenia. Przełożony uczył go rozpoznawać blizny po ranach, jak tętnią specyficznym rytmem, zmieniają ciepło pod wpływem nakładanych rąk i nagrzanych tkanin z ziołami. Rozróżniał zapach, żywotność skóry lub jej marskość.
Pamiętał posługę w domu namiestnika, kobiety po porodzie, kiedy leczący namaszczał jej uda, dziwnie ułożone tuż po porodzie. Obserwował także nowonarodzone dziecko, tętniące już własnym rytmem. Tylko ten jeden raz było mu dane obserwować narodziny z bliska. (…)
Kiedyś jednak nie wytrzymał i udzielił pomocy jeźdźcy który spadł z konia podczas wiosennych zawodów, ale bezpowrotnie zamknęły się za nim drzwi. Instynktownie poczuł, iż pozornie zamknięte za nim drzwi dla elit, raczej wypychają go dalej niż ograniczają. Lgnął do świata odległego, bardziej tajemniczego niż wiedza tablic kapłanów. (…)
Przypomniał to sobie właśnie teraz, wrzynając się powoli rylcem w glinianą tabliczkę, przelewając na nie myśli, instrukcje i starsze jeszcze receptury. (…)
Pracował w drodze idąc z karawaną od tygodni. Olejki i zioła były na wykończeniu. Nadrabiał miną, ale wiedział, iż otarcia, ostry piach w sandałach i pod ochronną zbroją, z czasem zrobią swoje. Silniejsze maści zostawiał na końcowe dni podróży. Wieczorem czasem przynosił ukojenie dowódcy straży, któremu rzemienie z naramienników wżynały się w zraniony wcześniej bark. Namaszczał i masował, będąc świadkiem rozmów. (…)
Podczas pierwszej napaści na karawanę, był świadkiem śmierci odchodzących zbrojnych, zaatakowanych znienacka przez jedno z nękających prowincje koczowniczych plemion. Podbiegał i nie mógł nic zrobić, widział tylko jak życie uchodziło z falą ostatniego oddechu. Rany, porozrywane strzałami i mieczami torsy, odstające kości. Jęki, kiedy odchodzili, niczego go więcej nie nauczyło, poza tym, iż życie uchodziło z ostatnim oddechem. Mógł tylko obserwować. Świątynni dotykający, nie zapuszczali się w tak dalekie wyprawy.
Pierwsze tabliczki zapisywał ukradkiem. Nie z obawy, ale chciał mieć poczucie czegoś własnego. W świątyni wszystkim dzielono się, ale i tak nie dostąpił zaszczytu otrzymania najwyższych wtajemniczeń, tym samym wiedzy. Teraz był zdany na siebie. Wiedział, iż najwięcej może zdziałać pomagając w podróży obolałym, zmęczonym. Oni jednak wpierw oddawali pokłon swoim bogom w namiotach. Zanim kończyli ze zmęczenia zasypiali.
Strażnik naczelny eskorty opowiadał mu o praktykach z dalekich krain. Raniony strzałą, zdany był na łaskę jednego z ludów u których gościli z misją handlową. Opowiadał o dziwnych wonnościach, namaszczaniu i ich przywódcy czy też króla, o którym mawiali namaszczony. Święte oleje miały nie tylko symboliczną moc ale i słowną. (…)
Obecnie. Andru-ru siedział spokojnie obok wejścia do groty.
Zbliżył się powoli do miejsc przeskakujących na wzgórze fal. Poczuł ten pierwotny rytm ponownie. Pomyślał o bogach, ale nie był już pewny o którym powinien pomyśleć pierwszym. Wziął kolejny, spokojny oddech. Spokój zmniejszał ból idący z boku żeber zadanych strzałą. Napastnicy odjechali, porzucili rannych, on przeczołgał się spokojnie w kierunku zbocza. Nie miał już sił, aby rozglądać się za pomocą.
Po pierwszym ataku, dyskretnie pakował zapisywane od tylu lat tabliczki. Pokrywał je woskiem świecy i kładł do podróżnej skrzyni. Owinąwszy wszystko w resztę tkanin służącej do bandażowania i skórę, potem zaczął wszystko przysypywać piaskiem. Kiedy ostatnia świeca dopalała się, wyszedł kolejny raz zaczerpnąć świeżego powietrza.
Stanął o zachodzie słońca na wprost morza. Nie chciał się odwracam aby zobaczyć ile pozostało z karawany. Nie miał sił, ani iść dalej, bo i po co. Usłyszał nagle świst.
Opadł na kolana, z tyłu usłyszał odgłos koni. Poczuł ciepło, spełnienie. Skierowany twarzą do słońca wiedział, iż jego tabliczki są bezpieczne, zakopane i oddał światu ostatni oddech. (…)
